Rozdział dwudziesty ósmy
Ojciec Wyszoniek obawiał się nawet, czy i po powtórnym rozbudzeniu nic chwyci Juranda dur i nie odejmie mu na długo przytomności. Tymczasem obiecał księżnie i Zbyszkowi, że im. da znać, gdy stary rycerz przemówi, a po ich odejściu sam udał się na spoczynek. Jakoż Jurand rozbudził się dopiero w drugie święto przed samym południem, ale za to zupełnie przytomny. Księżna i Zbyszko byli przy tym obecni, więc on siadłszy na łożu spojrzał na nią, poznał i rzekł:
- Miłościwa pani... Dlaboga, tom ja w Ciechanowie?
- I przespaliście święto - odrzekła pani.
- Śniegi mnie przysypały. Kto mnie zratował?
- Ten rycerz: Zbyszko z Bogdańca. Pamiętacie, w Krakowie...
A Jurand popatrzył chwilę swoim zdrowym okiem na młodzieńca i rzekł:
- Pamiętam... A gdzie Danuśka?
- Nie jechała przecie z wami? - spytała z niepokojem księżna.
- Jakże miała ze mną jechać, kiedy to ja do niej jechał?
Zbyszko i księżna spojrzeli po sobie w mniemaniu, że to jeszcze gorączka mówi przez usta Jurandowe, po czym pani rzekła:
- Ocknijcie się, na miły Bóg! Nie było-li z wami dziewczyny?
- Dziewczyny? Ze mną? - spytał ze zdumieniem Jurand.