Rozdział osiemnasty



Maćko czekał cierpliwie przez kilka dni, czy nie dojdzie go jaka wieść ze Zgorzelic lub czy opat się nie udobrucha, aż wreszcie sprzykrzyła mu się niepewność i czekanie i postanowił sam wybrać się do Zycha. Wszystko, co się stało, stało się bez jego winy, chciał jednak wiedzieć, czy Zych nie czuje i do niego urazy, bo co do opata był pewnym, że gniew jego będzie odtąd ciążył i na Zbyszku, i na nim.
Chciał jednak uczynić wszystko, co było w jego mocy, by ów gniew złagodzić, więc jadąc rozmyślał i układał sobie, co komu w Zgorzelicach powie, aby urazę zmniejszyć i starą sąsiedzką przyjaźń zachować. Myśli jednak nie kleiły mu się jakoś w głowie, rad też był, że zastał samą Jagienkę, która przyjęła go po staremu pokłonem, ucałowaniem ręki - słowem: przyjaźnie, choć trochę smutno.
- A ojciec doma? - zapytał.
- Doma, jeno się wybrali z opatem na łowy. Mało patrzeć, jak wrócą...
To rzekłszy wprowadziła go do izby, w której zasiadłszy milczeli oboje przez dłuższą chwilę, po czym dziewczyna spytała pierwsza:
- Cni się wam samemu w Bogdańcu?
- Cni - odpowiedział Maćko. - A to już wiesz, że Zbyszko pojechał?
Jagienka westchnęła cicho:
- Wiem.. Wiedziałam tego samego dnia - i myśłałam... że wstąpi choć dobre słowo rzec, a nie wstąpił.
- Jakże mu było wstępować! - rzekł Maćko - toć opat chybaby go rozerwał na dwoje, a i ojciec twój nie rad by go też widział.
Ona zaś potrząsnęła głową i odrzekła:
- Ej! Nie dałaby ja mu krzywdy uczynić nikomu.